Powojenna rzeczywistość generałów

Barman za ciężkim kontuarem niewielkiego hotelu Learmonth w Edynburgu nie wyglądał na profesjonalistę. Wskazywał na to jego wiek i zauważalna sztywność, z jaką wyłuskiwał butelki z półek z alkoholem na ścianie za plecami. Brak praktyki i gibkości, jaką mogli pochwalić się młodsi barmani, nadrabiał zaangażowaniem i uśmiechem, dlatego goście chętnie wdawali się z nim w pogawędki. Wtedy dawał o sobie znać lekko pobrzmiewający w jego słowach miękki akcent. Trochę jakby rosyjski, ale nieco inny. Goście hotelowi zachowywali z reguły daleko posuniętą brytyjską powściągliwość i uznawali, że nietaktem byłoby dopytywać o ten akcent dobrodusznego starszego pana o pogodnych oczach. Czasem nad ich pomiarkowaniem brało jednak górę zaciekawienie, kiedy widzieli wchodzących do baru mężczyzn o sprężystych, wojskowych ruchach, którzy nim zamówili pierwszą szkocką, stawali przed barmanem na baczność, strzelali obcasami jak na oficerskiej odprawie, a barman na chwilę zmieniał się w kogoś innego. Mrużył oczy, twarz tężała mu na chwilę, po czym niemal niezauważalnym skinieniem głowy odwzajemniał te honory. Ten widok w tym małym przytulnym dwupiętrowym hoteliku był tak niesamowity, że niektórzy goście nie wytrzymywali i nachylali się do mężczyzn, przepraszając od razu za niedyskrecję i pytając o powody takiego zachowania. – To nasz dowódca – słyszeli w odpowiedzi. Angielska powściągliwość nie pozwalała też pracownikom fabryki urządzeń elektrycznych we wschodnim Londynie dopytywać, czym wcześniej zajmował się cichy magazynier, na którego wszyscy tu wołali Stan. On też nie opowiadał o sobie. Pojawił się 5 grudnia 1949 roku i prawdopodobnie był pierwszym Polakiem zatrudnionym w tej firmie. Miał już wtedy 57 lat i widać było, że praca polegająca między innymi na przenoszeniu ciężkich skrzyń z częściami do silników sprawia mu trudność, ale się nie skarżył. Widać było, że zależy mu na tej pracy. Nikt z jego przełożonych ani współpracowników nie wiedział, że sympatyczny, małomówny i lekko zgarbiony Stan kilka lat wcześniej jako generał wraz z polskimi spadochroniarzami przełamywał niemiecki opór podczas operacji „Market Garden” w czasie inwazji aliantów na Holandię. Podobnie jak goście hotelu Learmonth nie zdawali sobie sprawy, że siwiejący barman, który nalewa im whisky, całkiem niedawno dowodził polską dywizją pancerną, która niszczyła wrogie czołgi w bitwie pod Falaise, a następnie w pogoni za Niemcami wyzwalała po kolei holenderskie miasta. Generałowie Stanisław Sosabowski i Stanisław Maczek musieli sobie radzić w nowej powojennej rzeczywistości.

Kamienicznik, handlarz, tapicer, magazynier
W podobnej sytuacji jak Maczek i Sosabowski znalazło się więcej najwyższych rangą polskich oficerów, którzy końca wojny doczekali w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. Historyk wojskowości Andrzej Suchcitz doliczył się tam 127 generałów, a wśród nich czterech generałów broni, 97 generałów brygady, jednego wiceadmirała i dwóch kontradmirałów. Do kraju zdecydowało się wrócić zaledwie dwudziestu. Wszyscy szybko zrozumieli, że triumf stał się ich klęską. O ile zwykli żołnierze, którzy po wojnie wybrali emigrację, byli w nieco lepszym położeniu, bo najczęściej mieli już jakiś fach w ręku, o tyle najwyżsi rangą oficerowie boleśnie zderzali się z rzeczywistością. Większość całe dotychczasowe życie zawodowe wiązała z mundurem, niemal wszyscy wywodzili się z czasów legionowych, a zaczynali kariery w armiach podczas pierwszej wojny światowej. Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie zostały rozwiązane w 1947 roku, po drodze przekształcając się w Polski Korpus Przysposobienia i Rozmieszczenia, który zajmował się znajdowaniem polskim żołnierzom nowego zajęcia w powojennych warunkach. Generałom było zdecydowanie najtrudniej się w nich odnaleźć. Przede wszystkim nie mogli za bardzo liczyć na wsparcie brytyjskich władz. Części przyznano skromne, wręcz symboliczne wsparcie w wysokości dwóch funtów tygodniowo. Tylko czterech spośród ponad stu otrzymało emerytury od Brytyjczyków, piętnastu dostało jednorazowe zapomogi w wysokości tysiąca funtów i po dwa tysiące funtów pożyczki, które musieli jednak spłacić. „Moje pierwsze kroki w życiu cywilnym rozpoczynałem z sumą 300 funtów oraz z zupełną nieznajomością tego życia na terenie Londynu. Wszystko, co dotąd robiłem, obracało się wokół spraw wojskowych” – notował generał Sosabowski we wspomnieniach pt. „Droga wiodła ugorem”. Nikogo nie interesowały jego umiejętności dowódcy ani przeszłość w 1. Samodzielnej Brygadzie Spadochronowej, której tak naprawdę był ojcem. Pierwsza tego rodzaju formacja w Wojsku Polskim, zasłużona w walkach podczas operacji „Market Garden” w Holandii w 1944 roku, gotowa do wysłania na pomoc walczącej w powstaniu Warszawie, została rozformowana niecałe trzy lata później. Nikt nie potrzebował komandosa w cywilu. Sosabowski musiał się przekwalifikować.

Pewnego dnia, siedząc na ławce w parku St. James, przeglądał ogłoszenia w tygodniku „Daltons Weekly”. Jego wzrok przykuła oferta sprzedaży starej kamienicy, w której wcześniej kwaterowali australijscy żołnierze. Cena budynku przekraczała nikłe oszczędności Sosabowskiego, nawet nie pozwalały mu myśleć o kredycie na zakup, ale ogłoszeniem zainteresował się także jeden z jego przyjaciół. Dołożył własny wkład, resztę sfinansowali pożyczką i stali się właścicielami nieruchomości. Sprzątali ją po nocach, remontowali i w pośpiechu doprowadzali do porządku, a po roku sprzedali z zyskiem. W wejściu w kolejną inwestycję pomógł generałowi jego dawny żołnierz, podpułkownik Zbigniew Bossowski. Założyli spółkę Polycraft i otworzyli sklep w zamożnej londyńskiej dzielnicy Maida Vale, w którym sprzedawali używane meble, obrazy i dywany. „W piwnicy zainstalowaliśmy warsztat stolarski i tapicerski” – wspominał Sosabowski. Interes jednak nie szedł. „Próbowaliśmy produkować tapczany. Cena ich nie mogła konkurować z tymi, które były robione fabrycznie. Szereg materiałów tapicerskich można było nabywać tylko na czarnym rynku. (…) Doszliśmy wspólnie do wniosku, że interes ten należy zlikwidować nawet ze stratą. Tak też się stało. Byłem bez pieniędzy” – przyznał generał. Jesienią 1949 roku stanął w kolejce do pośredniaka. Nie mógł przebierać w ofertach zatrudnienia. Wielka Brytania zaczynała wchodzić w okres kryzysu gospodarczego, a Sosabowski dobiegał sześćdziesiątki. Obawiał się też, że generalska godność może okazać się przeszkodą w znalezieniu pracy, dlatego poprosił urzędnika, żeby zachował w tajemnicy jego wojskową przeszłość. Tak został Stanem – magazynierem z tygodniową pensją w wysokości 6 funtów.

Stróż, windziarz, hodowca pieczarek, pielęgniarz
Sytuacja finansowa znacznej większości polskich generałów również nie była godna pozazdroszczenia. W tej sytuacji imali się najróżniejszych zajęć, by przetrwać. Generał Ludwik Kmicic-Skrzyński we wrześniu 1939 roku dowodził Podlaską Brygadą Kawalerii, walczył z Niemcami na wschodzie, a potem ruszył ze swoimi żołnierzami na pomoc oblężonej Warszawie. Na początku października wziął udział w ostatniej zwycięskiej bitwie kampanii, pod Kockiem, gdzie wojska polskie odrzuciły i rozbiły siły niemieckie. Tam dostał się do niewoli, w której następnie przesiedział niemal całą wojnę, do kwietnia 1945 roku. Kiedy obóz jeniecki został wyzwolony, wstąpił do 2. Korpusu Polskiego generała Władysława Andersa. Po kapitulacji Niemiec został robotnikiem w jednej z fabryk w Manchesterze, a po jakimś czasie udało mu się zatrudnić na stanowisku niższego urzędnika.

Niektórzy generałowie przekwalifikowali się na zarządców nieruchomości. Był wśród nich admirał Karol Korytowski, który przed wojną pracował w Sztabie Kierownictwa Marynarki Wojennej. Generał Ludwik Ząbkowski podczas kampanii wrześniowej dowodził artylerią Armii „Prusy”, a w czasie walk 2. Korpusu Polskiego we Włoszech w 1943 roku był dowódcą 2. Grupy Artylerii. Generał Zygmunt Łakiński, we wrześniu 1939 dowódca artylerii 30. Dywizji Piechoty, po klęsce przedostał się na Zachód, gdzie został zastępcą dowódcy 1. Brygady Strzelców w Szkocji. Jego rozkazom podlegała artyleria 3. Dywizji Strzelców Karpackich z sił polskich na Bliskim Wschodzie, a potem także cała 7. Dywizja Piechoty. Wszyscy za własne oszczędności, a niektórzy też za pożyczki, kupili domy na wynajem, sprzątali i stróżowali. W podobny sposób utrzymywał się również Tadeusz Malinowski, znana postać polskiej generalicji. Malinowski zajmował wysokie stanowiska, między innymi zastępcy szefa Sztabu Głównego WP, a w rządzie emigracyjnym był pierwszym zastępcą wiceministra obrony. Także generał Bronisław Duch, który był szefem Polskiej Misji Wojskowej w Kanadzie i tam rekrutował ochotników po polskiej armii, a potem dowódcą 3. Dywizji Strzelców Karpackich w walkach we Włoszech w 1943 roku, po wojnie został stróżem i administratorem domu. Pielęgniarzem w szpitalu dla umysłowo chorych został za to generał Władysław Bortnowski, cieszący się ogromną popularnością w przedwojennej Polsce oficer, typowany na następcę marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza. Znalazł zajęcie w tym samym szpitalu, w którym pracowała córka Józefa Piłsudskiego, Wanda. Wkrótce dostał awans na psychoterapeutę, ale w 1954 roku wyjechał do Nowego Jorku. Tu otworzył warzywniak na Brooklynie, potem znalazł pracę w fabryce zabawek. Był też szefem kelnerów w restauracji. Bezwzględna rzeczywistość w powojennej Wielkiej Brytanii dopadła także byłego komendanta Policji Państwowej generała Kordiana Zamorskiego, wrześniowego dowódcę 10. Dywizji Piechoty generała Franciszka Dindorfa-Ankowicza i generała Mariana Żegotę-Januszajtisa, ostatniego dowódcę 1. Brygady Legionów Polskich. Pierwszy został windziarzem, drugi kreślarzem, a trzeci zajął się hodowlą pieczarek.

Robotnik, mechanik kutrów, rolnik
„Oby został Pan nareszcie prezydentem i jako taki wrócił do wolnej Polski” – pisała w 1960 roku w liście do generała Kazimierza Sosnkowskiego marszałkowa Aleksandra Piłsudska. Byłemu Wodzowi Naczelnemu Polskich Sił Zbrojnych nie było to jednak dane. Sosnkowski jeszcze w listopadzie 1944 roku z żoną popłynął z Wielkiej Brytanii do Kanady na urlop, by odwiedzić swoich trzech mieszkających tam synów. Kiedy wojna dobiegła końca, generał zrozumiał, że musi pomyśleć o osiedleniu się w Kanadzie na stałe. Zadłużył się, kupił farmę w Arundel, około 100 kilometrów od Montrealu, i stał się rolnikiem. Żeby związać koniec z końcem, ciężko pracował fizycznie. W Kanadzie został do śmierci w 1969 roku, pełniąc jednocześnie nieformalną funkcję przywódcy polskiej emigracji w Ameryce Północnej. Farmerem w Kanadzie został również generał Antoni Szylling, były dowódca Armii „Kraków” w 1939 roku. Generał Emil Przedrzymirski-Krukowicz, który dowodził Armią „Modlin”, prowadził w Toronto firmę kurierską. Szef sztabu naczelnego dowódcy lotnictwa i obrony przeciwlotniczej generał Stanisław Ujejski po wojnie również osiadł w Toronto i tam otworzył sklep spożywczy. Stał się nawet sławny w lokalnej prasie, kiedy obezwładnił złodzieja, który próbował go obrabować. W sklepie prowadzonym przez jednego ze swoich byłych żołnierzy znalazł zatrudnienie generał Maczek. Bohater walk o wyzwolenie Holandii i dowódca polskich pancerniaków za zapomogę od brytyjskich władz i pożyczkę kupił niewielki dom w robotniczej dzielnicy Edynburga. Początkowo – tak jak wielu jego sąsiadów – pracował jako robotnik w jednej z miejscowych fabryk. Po tym, jak zmienił pracę, musiał wstawać o świcie i tłuc się około 30 kilometrów autobusem do sklepu, gdzie stał za ladą do wieczora. Stanowisko barmana zaproponował generałowi inny jego były podkomendny, sierżant Jan Tomasik.

Byli żołnierze zadbali o swego generała, dotkliwy cios otrzymał za to od władz komunistycznej Polski. We wrześniu 1946 roku Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej pozbawił Maczka polskiego obywatelstwa, uzasadniając to „przyjęciem bez zgody właściwych władz polskich urzędu publicznego w państwie obcym”. Chodziło o to, że generał był współorganizatorem Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia, jednostki armii brytyjskiej pomagającej polskim żołnierzom w przejściu do cywila i stabilizacji w nowych warunkach. Na liście generałów i oficerów PSZ, którym odebrano z tego powodu obywatelstwo, znalazło się 76 nazwisk, w tym między innymi Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych generał Władysław Anders, szef Sztabu Naczelnego Wodza generał Stanisław Kopański oraz wspomniany generał Tadeusz Malinowski. Maczek nie krył rozgoryczenia decyzją komunistycznych władz. „Wie pan co, zaraz po wojnie [premier, Edward – przyp. red.] Osóbka-Morawski zabrał mi polskie obywatelstwo. Tak bez niczego, z głupia frant” – mówił hrabiemu Wojciechowi Dzieduszyckiemu, aktorowi i śpiewakowi, który potem okazał się być tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Słowa Maczka zapisane w dokumentach SB przywołał Szymon Nowak w książce „Niechciani generałowie”. „Lata mijały i choć tęskniłem do kraju, to uniosłem się honorem i nie chciałem prosić polskiego rządu o obywatelstwo. Bierut [Bolesław, prezydent RP – przyp. red.], jak widać, też zrobił się honorowy, bo nie chciał mi tego obywatelstwa zaproponować pierwszy. I tak przez głupie ambicje jestem teraz bez ojczyzny i muszę pracować jako barman w hotelu mojego sierżanta” – miał rzec generał w prywatnej rozmowie z Dzieduszyckim po występie artysty. Z kolei ostatni dowódca 1. Dywizji Pancernej generała Maczka, generał Klemens Rudnicki odnawiał antyki i pracował jako przewodnik, oprowadzając turystów. Obrońca polskiego wybrzeża z września 1939 roku admirał Józef Unrug po zwolnieniu ze służby w 1948 roku nie zgodził się pobierać brytyjskiej emerytury. Podpisał kontrakt z firmą zajmującą się poławianiem sardynek i wyjechał z rodziną do Agadiru w Maroku, gdzie został mechanikiem. Były dowódca Marynarki Wojennej RP miał za zadanie dbać o stan techniczny dwóch kutrów. Później pracował kolejno w przedsiębiorstwie wydobywającym mangan i w magazynie części samochodowych. Starość spędził wraz z żoną we Francji, gdzie – mając ponad siedemdziesiąt lat – wciąż pracował między innymi jako kierowca ciężarówki.

Żywot podwójny Generałowie najczęściej milczeli o swoich powojennych losach, z reguły woleli opowiadać o wojaczce i karierze w armii, z którą musieli się pożegnać. Sosabowski stał się ich głosem. Jako jeden z nielicznych przyznał, jak trudno było mu się odnaleźć w cywilu. Pisał, że przez generalskie przyzwyczajenia napytał sobie też biedy, kiedy próbował usprawnić pracę w magazynie, zwracając uwagę na „pewne niedokładności i chaos”. „Naraziłem się przez to kierownikowi departamentu materiałowego. Wskutek tego moje stosunki w magazynie popsuły się znakomicie” – zanotował we wspomnieniach. „Musiałem samego siebie przekonać i świadomie dostosować się do tego, że w fabryce nie jestem rozkazodawcą, tylko wykonawcą i niczym więcej. Przyjąłem świadomie i bez szemrania rolę szeregowego” – podkreślił. Honory generała pozostało mu pełnić tylko w weekendy. „Przez 17 lat pracowałem w fabryce jako oficjalnie nieznany, prowadząc żywot podwójny: zwykłego robotnika przez pięć dni w tygodniu, jako ‚szeregowiec fabryczny’ Stan, oraz dostojny żywot polskiego generała, poniekąd ‚ojca’ polskich spadochroniarzy, znanego wśród swoich i Brytyjczyków, Amerykanów i Holendrów” – przyznał.

Autor Mariusz Nowik