75. rocznica wyzwolenia Auschwitz

Ponad 200 ocalałych z Auschwitz i Holokaustu przyjedzie do Miejsca Pamięci Auschwitz, aby upamiętnić 75. rocznicę wyzwolenia niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego i zagłady. Ich historii wypowiedzianych sprzed Bramy Śmierci byłego obozu Birkenau słuchać będzie cały świat. W samym namiocie zasiądą przedstawiciele kilkudziesięciu państw świata.

Przeszłość nieubłaganie oddala się i stygnie, zmienia w suchą wiedzę. Z reguły jeszcze tylko pokolenie wnuków ma emocjonalny stosunek do historii dziadków. Prawnuki wiedzą, ale mało ich to obchodzi. Czy pamięć o Auschwitz i Zagładzie też to czeka?

Strach przed zobojętnieniem i niepamięcią narasta. Może dlatego od kilkunastu lat do oświęcimskiego muzeum spływają dziesiątki pomysłów, które w przekonaniu ich autorów ożywią, uwspółcześnią, poruszą młodzież, pozwolą na nowo odczytać… Jedni chcieli usypać tuż przy drutach Auschwitz gigantyczny kopiec. Inni – ustawić w pustych przestrzeniach Birkenau 6 milionów macew, symbolizujących 6 milionów ofiar Holokaustu. Pewna artystka proponowała, by zwiedzający komorę gazową czuli zapach gorzkich migdałów, charakterystyczny dla cyklonu B. Ktoś inny, by na rampie w Birkenau zainstalować głośniki, z których dochodziłoby szczekanie psów, krzyki esesmanów i jęki deportowanych. Trzeba działać na wszystkie zmysły – tłumaczyli pomysłodawcy.

A co zrobimy, gdy zabraknie świadków? Za oceanem już toczą się prace nad awatarami byłych więźniów. To nie jest odległa przyszłość ani żart. Usiądziesz przed hologramem, który z detalami opowie o swoim życiu: od dzieciństwa, przez transport do obozu w bydlęcym wagonie i rozdzielenie z matką na rampie, ogolenie całego ciała i wytatuowanie numeru, niewolniczą pracę, głód i bicie, aż po wolność i syndrom obozowy. Naszpikowany danymi algorytm odpowie na twoje pytania, również te o koszmarne wspomnienia zatruwające Ocalałym noce. Przy tym bledną nawet powtarzane od lat jak mantra żądania, by dotykowe ekrany z materiałami audio i wideo poumieszczać wszędzie, gdzie się da: w barakach, latrynach, w bloku i bramie śmierci.

Ale nie tędy droga.

Mówimy: fabryka śmierci. To nie jest przenośnia, to trzeba brać dosłownie. Chodzi o miejsce, które naprawdę działało według reguł industrialnych: wyprodukować jak najwięcej, po jak najniższych kosztach, osiągając jak najwyższy zysk. Tyle że nie produkowało aut, pieluch czy gwoździ, lecz śmierć.

Za dowód niech posłuży „U nas w Auschwitzu” – słynne opowiadanie Tadeusza Borowskiego, przez dekady lektura szkolna. Finałowa scena przedstawia spotkanie z Abramkiem, Żydem z Sonderkommando, palaczem z krematorium w Birkenau, od którego narrator dowiaduje się, że „wykombinowali my nowy sposób palenia w kominie”. A mianowicie taki, że „bierzemy cztery dzieciaki z włosami, przytykamy głowy do kupy i podpalamy włosy. Potem pali się samo i jest gemacht”.

Czy to literacka fikcja, inspirowana wprawdzie życiem, lecz stosująca wyostrzenia, parabole i symbole? Czy może zdarzyło się to naprawdę? Otóż tak: to czysta prawda o obozie. Żeby to pojąć, trzeba sięgnąć do pierwszego książkowego wydania „U nas w Auschwitzu” z 1946 r. Twardą okładkę wystylizowano na pasiak; limitowane, kolekcjonerskie egzemplarze oprawiono w autentyczny materiał powycinany z więźniarskich ubrań. Drukiem wyszła w Monachium, wydana przez Oficynę Warszawską na obczyźnie. Co ciekawe, to zbiór opowiadań nie jednego, ale trzech autorów. Obok Borowskiego (numer obozowy 119198) są to Janusz Nel Siedlecki (numer 6643) i Krystyn Olszewski (numer 75817). Całość nosi tytuł „Byliśmy w Oświęcimiu”. W krótkim wstępie od wydawcy Anatol Girs (numer 191250) zastrzega: „Na pewno książka ta nie jest potrzebna jako czyn artystyczny. Lecz jako dokument jest ona bardzo charakterystyczna”. Przedstawia bowiem „fragmenty tego, co autorzy jej sami przeżyli i co widzieli na własne oczy”.

Scena z Abramkiem dobrze oddaje realia fabryki śmierci. Jak w każdym cyklu produkcyjnym, Auschwitz-Birkenau też miało słabsze ogniwo, wąskie gardło. Gazowanie w komorach trwało krótko. Setki, tysiące uśmiercano w 20 minut, maksymalnie pół godziny. Trudności nastręczało spalanie, a przyczyna była banalna: ponad połowę objętości ludzkiego ciała stanowi woda. Zachowały się dziesiątki relacji i dokumentów ukazujących, że niemal przez cały okres istnienia obozów zagłady Niemcy zmagali się z tym problemem.

Do budowy nowoczesnych pieców krematoryjnych przyczynił się skuteczny marketing przedsiębiorstwa „Topf i Synowie” z Erfurtu. W piśmie z 28 czerwca 1943 r. zapewniano, że w pięciu krematoriach kompleksu Auschwitz-Birkenau, w ciągu 24 godzin nieprzerwanego cyklu produkcyjnego, spali się 4756 osób. Jednak SS nieustannie usiłowało podnieść wydajność. Leon Cohen – żydowski kupiec z Salonik, zmuszony do pracy w Sonderkommando – wspominał: „Jeśli nie były to zwłoki otyłego człowieka, to mieściliśmy w piecu cztery do pięciu ciał. Zwłoki układano w następującej kolejności: dwóch mężczyzn i trzy kobiety”.

Skąd ta proporcja? Tłuszcz podsyca spalanie. Ze względu na budowę ciała kobiety mają przeciętnie więcej tłuszczu niż mężczyźni, za to mniej mięśni. Tymczasem palenie w krematorium musi przebiegać płynnie. Temperatura w piecu powinna być równomiernie wysoka.

Inny sposób zapamiętał Jaakov Silberberg (urodzony w Zakroczymiu, rocznik 1918, także wcielony do Sonderkommando): „Niemcy wymyślili specjalny system. Stwierdzili, że mężczyźni są szczuplejsi, kobiety mają więcej tłuszczu, a dzieci są miękkie, dlatego mężczyzn, kobiety i dzieci trzeba palić razem. Spalanie jest wtedy skuteczniejsze. Kazali kłaść dziecko pomiędzy mężczyznę a kobietę. Dziecko było – jak mówili Niemcy – jako culaga” („culaga” to obozowy żargon, słowo pochodziło od niemieckiego Zulage, dodatek).

Na czym polegała metoda, którą opisał Abramek z opowiadania Borowskiego? Być może jego grupa robocza, na rozkaz SS, wykorzystywała niemowlęta i dzieci jako rozpałkę. Podobnie jak mniejszych szczapek używamy do rozpalenia ogniska.

Ten przykład – jeden z wielu – odzwierciedla kluczową prawdę: pamięć przetrwa dopóty, dopóki zdobywać się będziemy na wysiłek dotknięcia samego jądra ciemności. Dopóki będziemy szukać autentyzmu, a nie pożywki dla moralizowania, dydaktycznych banałów i kwiecistych metafor. Auschwitz i Zagłady nie wolno redukować do symboli i pomników, do politycznych czy publicystycznych sloganów, nawet wzniośle motywowanych. Pamięć przetrwa, o ile będziemy gotowi zmierzyć się z tamtą do bólu konkretną opowieścią palaczy z Sonder­kommando.

Nigdy więcej – powtarzano przez długie lata, gdy tylko pojawiał się wątek Auschwitz, Zagłady i katastrofy II wojny światowej. Dobrze wiemy, że to szlachetne hasło pozostało pobożnym życzeniem. I nie trzeba tu sięgać po przywoływane (już nieco rytualnie i rutynowo) przykłady Srebrenicy czy Rwandy.

Na podorędziu mamy świeższe wydarzenia. W Syrii do władzy triumfalnie wraca Baszar al-Asad i trudno się spodziewać, by kiedykolwiek poniósł odpowiedzialność za wymordowanie gazami bojowymi niewinnych dzieci, kobiet i mężczyzn. Zamiast stanąć przed międzynarodowym trybunałem – z uśmiechem pozuje do zdjęć, ściskając dłoń swego sojusznika Władimira Putina.

Ile czołówek europejskich gazet poświęcono tragedii muzułmańskich Rohingów, mordowanych i wypędzanych z Mjanmy (zwanej niegdyś Birmą)? Na razie prawnicy i dyplomaci wiodą definicyjny spór, czy była to (tylko) czystka etniczna, czy (aż) ludobójstwo. Ciekawe, czy gdy w 2022 r. będziemy ekscytować się walką polskich skoczków o medale XXIV Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Pekinie, nadal będą trwały prześladowania ponad 11 mln Ujgurów z regionu Sinciang? Czy ujgurskie kobiety wciąż będą sterylizowane, a dzieci odbierane rodzicom?

Żeby było jasne: przywoływanie tych przykładów nie ma na celu wywołać w czytelniku poczucia winy czy bezradności, ani też nie jest moralną naiwnością. Oczywiście, że świat to skomplikowany system naczyń połączonych, a polityka – zwłaszcza międzynarodowa – rządzi się własnymi prawami, nie wykluczając bolesnych i nadgniłych kompromisów. Ale tu chodzi o coś zupełnie innego.

Wtedy, w obliczu tragedii Auschwitz – obozu założonego w 1940 r. dla polskich więźniów politycznych, od 1942 r. stanowiącego ośrodek zagłady Żydów i Romów – zawiodło wszystko. Zawiodły europejska cywilizacja i tradycja, chrześcijańskie Kościoły i oświecony humanizm, kultura, prawo i demokracja. A skoro zawiodły raz, to znaczy, że historia będzie się powtarzać.

W przedmowie do wspomnianego zbioru „Byliśmy w Oświęcimiu” trzech autorów podkreślało, że w obozie wszystkich więźniów – „żywych i umarłych, złych i dobrych” – wiązała „mistyczna wiara w lepszy, sprawiedliwszy świat”. Ale już w 1946 r. wiedzieli, że nic z tego. Pisali: „My, którym dane było przeżyć, patrzymy na ten dobry, sprawiedliwy świat z ogromną goryczą. Spalono nam dom rodzinny, wymordowano przyjaciół, zniszczono kraj. Ale nie to nas boli. Boli nas, że w świecie, który miał być dla nas wyzwoleniem, panują te same reguły życia, które tak znienawidziliśmy w obozie: rozbój, kradzież i oszustwo”.

Wtedy zawiodło wszystko, ale to nie znaczy, że wszyscy zawiedli. Nie ma bowiem tak potężnego zła, które byłoby w stanie pozbawić człowieka możliwości dokonywania indywidualnych wyborów. Nawet w obozowym piekle każdego dnia każdy decydował: uderzyć czy podzielić się chlebem?

Naiwnością byłoby wierzyć, że świat po Auschwitz i Zagładzie stanie się lepszy; że już nigdy nie spłynie krwią niewinnych albo nie będzie milcząco przyzwalał na zło i niesprawiedliwość. Jednak my możemy stać się lepsi. O ile odważnie, z mądrością i wrażliwością będziemy wciąż spoglądać w otchłań wygasłych krematoriów.

Również dlatego warto podejmować wysiłek, by pamięć o tej przeszłości nie ostygła, nie zamieniła się w suchą encyklopedyczną wiedzę.